NA ŻÓŁTO - Oczami Kasi
07.08.09
Piątek...dzień wyjazdu....straszne!!! Pewnie połowy rzeczy zapomnę, albo jeszcze coś gorszego... W pracy zero koncentracji na pracy, tylko na tym czego zapomnę :)... Po wyjściu za drzwi firmy, nastąpił nieokreślony błogi spokój :) Będzie dobrze...
I się o dziwo spakowaliśmy i nawet jeszcze było miejsce do siedzenia dla Agi i Zosi :) ... Ruszamy...Irek czeka na nas w Bieszczadzie... Wieczorową porą dotarliśmy do Osławicy.... Zaproszenie na grillowanego kurczaczka, wspaniałe sery, różne trunki....miło.... cudnie pod bieszczadzkim niebem....ale nie czuje się jeszcze do końca, tego, że ruszyliśmy w trasę...
Interesująca walka panów z rozkładanym łóżkiem i czas rozprostować się trochę.....Niebyt....do momentu powrotu naszych zagubionych połówek, które wnosząc po natężeniu głosów, się zapoznawały bliżej przez ostatnie kilka godzin.....nie tylko ze sobą, ale i zawartością butelek z trunkami.... Wtoczyli się... chwila konsternacji.... i pada bardzo ważne oświadczenie:
„Ta żona jest twoja, a ta żona jest moja” :D....
"TWOJA ŻONA JEST TA"
W piątek przed wyjazdem wieczór i noc spędziliśmy w Osławicy, by mieć bliżej rano do granicy. Wieczorny grill, piwko i Balzam przywieziony z Ukrainy oraz fajna atmosferka sprawiły, że spać poszliśmy koło trzeciej rano . Kobitki poszły pierwsze spać, więc gdy z łysym dotarliśmy do ciemnego pokoju nie bardzo wiedział, w którym łóżku ma zalegnąć, więc mu wskazałem - twoja żona jest ta ;).
08.08.2009 - DZIEŃ 1 - 0,6 promila i Góry Rodniańskie
Rano kawa, śniadanie i pakowanie, potem test alkomatem. Wcześniejszy, tygodniowy pobyt na Ukrainie nie był dla mnie łaskawy i test alkomatem wykazał mi 0,6 promila. Łysy miał 0,0, więc przez Słowację i Węgry był kierowcą, wymieniliśmy się dopiero przed rumuńską granicą. Wczorajszy wieczór sprawił, że nie wyjechaliśmy tak jak wcześniej planowaliśmy i czas nas trochę gonił. Po drodze zwiedziliśmy "Wesoły Cmentarz" w Sapancie i już po ciemku rozbijaliśmy namioty w Górach Rodniańskich, co nie przeszkodziło w zorganizowaniu opału i upieczeniu pysznych rumunskich kiełbasek.
"CIACHO"
Cmentarz w Sapancie był pełen Polaków, chodząc po nim słychać było słowa zachwytu i oburzenia, że ludzie zdjęcia robią, że się płaci za wejście, że nawet toalety są. Ja wyłapałem coś ciekawszego spacerując usłyszałem za plecami "ty zobacz jakie ciacho", dziewczyny pewnie myślały, że jakiś Rumun jestem, bo, gdy się odwróciłem i uśmiechnąłem, przypaliły cegłę i się zmyły. Kaśka za to usłyszała tekst od jakiś małolatów "zobacz jaka Rumuna". Kaśka niestety do końca wyjazdu nie została Rumuną, ale ja byłem ciachem a Łysy bezikiem ;).
NA ŻÓŁTO - Oczami Kasi
08.08.09
Sobota.... troszkę chyba zaspaliśmy, po nocnych atrakcjach. Poranny rytuał parzenia kawy, oczywiście pitej na ganku. Łysy to nawet z wrażenia ją posolił...bo prawdziwy mężczyzna pije tylko soloną kawę :D Teścik: Irek ma 0,6 promila, Łysy 0,0 - już wiemy kto prowadzi ;) Śniadanko... Irek nasmrodził rybami. Pierwsze wyzwanie – spakować auto ... wolę nie wnikać jak mi się to udało, ale o dziwo nawet się udało ... :)
Ruszamy.... droga...droga...piękny Tokaj...droga....droga..... w końcu w Rumunii, co daje się szybko odczuć na zadku...stan rumuńskich dróg jest wprost zaskakujący :) Przed nami już rysują się góry, że już tylko dotknąć. Pierwszy postój, znaczy drugi rytuał kawy i popas. Zośka wyrywa młodego Rumuna :D... no jakby nie było chłopak z bryką ;P. Popis naszych umiejętności porozumiewania się z kelnerką - w tej chwili, żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia tym naszym „daniom” :). Piwko wypite do „obiadu” oraz całodzienne nagrzewanie przez szybę, wprawiło mnie w trudny do opisania euforyczny nastrój, objawiający się chichawą, którą udało mi się zarazić Agnieszkę :):P ... na szczęście dla panów, są to stany przejściowe i krótkotrwałe :). Sapanta... tłumy, stragany, auta, znaczy jest atrakcja turystyczna... jakiś dziadek siedzący przy bramie cmentarza, coś do mnie mówi... narastający gwar.... sporo Polaków. Cmentarz....zaskakujący w pierwszej chwili, faktycznie wesoły, lecz nawet wśród tych rzeszy turystów, można znaleźć tu spokojny zakątek, wypatrzeć najstarsze nagrobki...może nie tak bogato zdobione, nie w bijących po oczach kolorach.... ale naprawdę piękne.
Jedziemy dalej.... i dalej i droga wije się w górach i jest już ciemno....zimno... i nie jesteśmy nastrojeni optymistycznie....Irek skręca w boczną dróżkę.... normalnie off-road :)... Nawet w otaczających ciemnościach widzimy jak terenóweczka wspina się coraz wyżej i wyżej...Aga łapie mnie za kolano :D... ma się ten zwierzęcy magnetyzm ;) .... rozglądamy się za jakimś kącikiem dla nas... jest.... co do końca nie wiemy. Ciemności dookoła, ale jest tak zimno, że nikt się nad tym nie zastanawia. Pierwsze obozowisko powstało w rekordowym tempie i jakieś drzewo się znalazło na opał, pomimo, że Łysy się bał iść do lasu, przez grasujące w pobliżu bandy groźnych rumuńskich niedźwiedzi...:P. Gdy zapłonął ogień, humorki się poprawiły - wcześniej zakupiona rumuńska kiełbaska okazała się pyszna, piwo również.....a gwiazdy były takie, że nie da się opowiedzieć :)...
Łysek standardowo odstraszał wszelką zwierzynę chrapaniem ... :) -
[dopisek Łyska: Doszedłem do wniosku, że mogłem zacząć chrapać już podczas szukania drewna w lesie...że też nie wpadłem na to wcześniej... ;)]
|