Karpaty Rumuńskie
RUMUNIA PLANY 2010

RUMUNIA maj 2010 - PLANY
RUMUNIA czerwiec 2010 - PLANY

RUMUNIA wrzesień 2009

Dzień pierwszy
Dzień drugi
Dzień trzeci
Dzień czwarty
Dzień piąty
Dzień szósty
Dzień siódmy

Plany

RUMUNIA/BUŁGARIA sierpień 2009

Dzień pierwszy
Dzień drugi
Dzień trzeci
Dzień czwarty
Dzień piąty
Dzień szósty
Dzień siódmy
Dzień ósmy
Dzień dziewiąty
Dzień dziesiąty
Dzień jedenasty
Dzień dwunasty
Dzień trzynasty
Dzień czternasty

Takie były plany

RUMUNIA maj 2009

Dzień pierwszy
Dzień drugi
Dzień trzeci
Dzień czwarty
Dzień piąty
Dzień szósty
Dzień siódmy
Dzień ósmy
Dzień dziewiąty
Dzień dziesiąty
Dzień jedenasty
Dzień dwunasty
Dzień trzynasty
Dzień czternasty
Dzień piętnasty
Dzień szesnasty


Takie były plany


Nasze serwisy

Karpacki Portal Internetowy
Bieszczadzki Portal Internetowy
11.08.2009 - DZIEŃ 4 - Transylwania i Fogarasze

Rano pierwszy byłem na nogach, namioty w cieniu i chłodnawo, więc uciekłem dogrzać się w słonku. Powoli reszta załogi zaczęła wywlekać się z namiotów. Poranna kawka i w krzaczki, medytując zauważyłem tuż obok leszczynę z orzechami, więc się niezwłocznie nią zająłem. Na śniadanie łysy zaserwował żurek na podsmażanej rumuńskiej kiełbasce i po zwinięciu namiotów ruszyliśmy przez Transylwanię w kierunku Fogaraszy. Dzielny GPS tylko raz nas wyprowadził w pole, a kilometrów kupa do przejechania, więc już po drodze nigdzie się nie zatrzymujemy . No za wyjątkiem miasteczka Mosna, gdyż Łysemu nazwa się dobrze kojarzyła ;). Trasa Fogaraska zrobiła na wszystkich duże wrażenie, choć samą przełęcz przykrywały chmury i było bardzo zimno. Zjechaliśmy na południową część Fogaraszy i już na dole w okolicach jeziora Vidraru znaleźliśmy miejsce na biwak.

NA ŻÓŁTO - Oczami Kasi

11.08.09
Wtorek....obudził mnie łomot, jakbym spała w środku zrywki w Bieszczadach, co poniekąd nie mijało się z prawdą, gdyż drogą za rzeczką przetoczył się wielki samochód załadowany drewnem. Wystawiwszy łepek z namiotu, stwierdziłam, że jest szaro i zimno... hm... nie to, że porostu namioty stały w cieniu :). No dziś zamarudziłam i wstałam chyba nawet po Zosi. Poranne kręcenie się bez celu, potem kawa i obserwowanie, jak panowie wspinają się po zboczu, no nawet całkiem stromym w poszukiwaniu miejsca medytacji :P... w momencie, kiedy krzewy na owym zboczu, zaczęły się dziwnie trząść, było już wiadomo, że Irek dopadł orzeszki :P:). Nie powiem skusiłam się również i pokłuta przez osty uzbierałam troszkę zielonych dobrodziejstw leszczyny. Irasa zbiór był gigantyczniejszy, ale za to moje nie były robaczywe :P...Niech zna dobre serce, oddałam mu i moje. „Wiewióra” łupała orzeszki, a my z Łysym przygotowaliśmy żurek z jajeczkami i kiełbaską...ech.... I znów droga...mijaliśmy taką różnorodność widoków za oknem, że trudno byłoby je opisać... Panowie w porozumieniu z panią z GPSa, wybrali skrót, co zaowocowało zwiedzeniem wioski Cris i jej okolic oraz nawet całkiem fajną jazdą off-road i powrotem na drogę główną :P... Przed nami masę kilometrów, dzisiejszym celem są Fogarasze...

Już w momencie kiedy zaczął się dłuugi podjazd na przełęcz, widoki były piękne. Oczy otwierały się nam coraz szerzej z każdą chwilą jazdy w górę. Czułam się trochę jak japoński turysta, gdyż pstrykałam fotki nawet z jadącego auta, ale nie wszędzie dałoby się tam zatrzymać. Kilka postojów na zdjęcia, kruca bomba mało casu, a można by tu być i być... Gdzieś wysoko malutkie punkciki poruszające się po stromym zboczu... stado owiec, niczym potok spływa żlebem w dolinę. Powiem Wam ... pięknie...cudownie...przerażająco...Każdy pewnie inaczej by się tu czuł. Przy wjeździe do tunelu mija nas grupa motocyklistów z Polski. Po drugiej stronie, spotykamy ich na małym parkingu. Fajnie z kimś pogadać po polsku...:). Rozpoczął się zjazd...piękne wodospady, znów stada owiec i zero sensownego miejsca na biwak. Na szczęście temperatura z każdą minuta rośnie i z 13 st. doszła prawie do 19. Jadąc wzdłuż brzegów jeziora, przypadkiem zauważyliśmy skręt na jakiś pensjonat. Sam obiekt raczej taki sobie, małe domeczki wtulone w skraweczek terenu nad potokiem i obok wybetonowany plac. Wybraliśmy jednak, wcześniej upatrzone miejsce na biwak...nad potokiem, osłonięte przez las i zbocze góry...Obóz stoi, ustalanie planów na jutro, kolacja – czyli moja inwencja twórcza w wykonaniu Łyska :P...Ponieważ po drodze zakupiliśmy po negocjacjach, trochę orzechów laskowych, Irek co było do przewidzenia siedzi i je łupie...:P I proszę Państwa, rzecz niebywała....się z nami podzielił :):P. Po drugiej stronie drogi, odkrywamy ślad łapy dinozaura ;)... Łysy chrapaniem odstraszał tym razem dinki. :P