11.08.2009 - DZIEŃ 4 - Transylwania i Fogarasze
Rano pierwszy byłem na nogach, namioty w cieniu i chłodnawo, więc uciekłem dogrzać się w słonku. Powoli reszta załogi zaczęła wywlekać się z namiotów. Poranna kawka i w krzaczki, medytując zauważyłem tuż obok leszczynę z orzechami, więc się niezwłocznie nią zająłem. Na śniadanie łysy zaserwował żurek na podsmażanej rumuńskiej kiełbasce i po zwinięciu namiotów ruszyliśmy przez Transylwanię w kierunku Fogaraszy. Dzielny GPS tylko raz nas wyprowadził w pole, a kilometrów kupa do przejechania, więc już po drodze nigdzie się nie zatrzymujemy . No za wyjątkiem miasteczka Mosna, gdyż Łysemu nazwa się dobrze kojarzyła ;). Trasa Fogaraska zrobiła na wszystkich duże wrażenie, choć samą przełęcz przykrywały chmury i było bardzo zimno. Zjechaliśmy na południową część Fogaraszy i już na dole w okolicach jeziora Vidraru znaleźliśmy miejsce na biwak.
NA ŻÓŁTO - Oczami Kasi
11.08.09
Wtorek....obudził mnie łomot, jakbym spała w środku zrywki w Bieszczadach, co poniekąd nie mijało się z prawdą, gdyż drogą za rzeczką przetoczył się wielki samochód załadowany drewnem. Wystawiwszy łepek z namiotu, stwierdziłam, że jest szaro i zimno... hm... nie to, że porostu namioty stały w cieniu :). No dziś zamarudziłam i wstałam chyba nawet po Zosi. Poranne kręcenie się bez celu, potem kawa i obserwowanie, jak panowie wspinają się po zboczu, no nawet całkiem stromym w poszukiwaniu miejsca medytacji :P... w momencie, kiedy krzewy na owym zboczu, zaczęły się dziwnie trząść, było już wiadomo, że Irek dopadł orzeszki :P:). Nie powiem skusiłam się również i pokłuta przez osty uzbierałam troszkę zielonych dobrodziejstw leszczyny. Irasa zbiór był gigantyczniejszy, ale za to moje nie były robaczywe :P...Niech zna dobre serce, oddałam mu i moje. „Wiewióra” łupała orzeszki, a my z Łysym przygotowaliśmy żurek z jajeczkami i kiełbaską...ech.... I znów droga...mijaliśmy taką różnorodność widoków za oknem, że trudno byłoby je opisać... Panowie w porozumieniu z panią z GPSa, wybrali skrót, co zaowocowało zwiedzeniem wioski Cris i jej okolic oraz nawet całkiem fajną jazdą off-road i powrotem na drogę główną :P... Przed nami masę kilometrów, dzisiejszym celem są Fogarasze...
Już w momencie kiedy zaczął się dłuugi podjazd na przełęcz, widoki były piękne. Oczy otwierały się nam coraz szerzej z każdą chwilą jazdy w górę. Czułam się trochę jak japoński turysta, gdyż pstrykałam fotki nawet z jadącego auta, ale nie wszędzie dałoby się tam zatrzymać. Kilka postojów na zdjęcia, kruca bomba mało casu, a można by tu być i być... Gdzieś wysoko malutkie punkciki poruszające się po stromym zboczu... stado owiec, niczym potok spływa żlebem w dolinę. Powiem Wam ... pięknie...cudownie...przerażająco...Każdy pewnie inaczej by się tu czuł. Przy wjeździe do tunelu mija nas grupa motocyklistów z Polski. Po drugiej stronie, spotykamy ich na małym parkingu. Fajnie z kimś pogadać po polsku...:). Rozpoczął się zjazd...piękne wodospady, znów stada owiec i zero sensownego miejsca na biwak. Na szczęście temperatura z każdą minuta rośnie i z 13 st. doszła prawie do 19. Jadąc wzdłuż brzegów jeziora, przypadkiem zauważyliśmy skręt na jakiś pensjonat. Sam obiekt raczej taki sobie, małe domeczki wtulone w skraweczek terenu nad potokiem i obok wybetonowany plac. Wybraliśmy jednak, wcześniej upatrzone miejsce na biwak...nad potokiem, osłonięte przez las i zbocze góry...Obóz stoi, ustalanie planów na jutro, kolacja – czyli moja inwencja twórcza w wykonaniu Łyska :P...Ponieważ po drodze zakupiliśmy po negocjacjach, trochę orzechów laskowych, Irek co było do przewidzenia siedzi i je łupie...:P I proszę Państwa, rzecz niebywała....się z nami podzielił :):P. Po drugiej stronie drogi, odkrywamy ślad łapy dinozaura ;)... Łysy chrapaniem odstraszał tym razem dinki. :P
|