13.08.2009 - DZIEŃ 6 - Bunkrów nie ma ale i tak jest zajebiście
Na wschód słońca nie trzeba było wstawać, wystarczyło otworzyć oczy, bo spaliśmy na zewnątrz. Wschodzące słońce tak mnie rozanieliło, że spytałem Łysego czy będzie dziś kierowcą. Gdy się zgodził, zrobiłem się jeszcze bardziej rozanielony pijąc o wschodzie piwko. Atmosfera na plaży była taka, że nie wypadało chodzić w strojach kąpielowych, bo za bardzo człowiek rzucał się w oczy ;) . Pozbywszy się zbędnego balastu łapaliśmy pierwszą opaleniznę, co jakiś czas zażywając kąpieli. Po plaży przechadzały się nagie kuterki, których nie sposób było nie uwiecznić ;).
NA ŻÓŁTO - Oczami Kasi
13.08.09
Czwartek... Blady świt...nie uwzględniłam poprawki, że jest tutaj inny czas i troszkę za wcześnie nastawiliśmy budziki...:P..Mnie obudził Tomek, ja obudziłam Irka i tak systemem domina doszło do Agnieszki :). Umościliśmy się wygodnie na materacach w oczekiwaniu na wschód słońca... zaproponowałam kawkę....a co będziemy tak siedzieć.... Rozpoczął się spektakl słońca, morza i chmur... siedzieliśmy prawie w milczeniu....słychać było tylko pstryknięcia migawki aparatu Irka, szum morza i piskliwe pokrzykiwania mew... Może to przez zaspanie, może to znów przez moją bujną wyobraźnię, ale czułam się jak w innym świecie... :) Spacerek brzegiem morza, wiatr we włosach, stopy obmywane przez fale.....no bajka...czyż nie? :). Irek od świtu raczył się piwkiem, więc na jego twarzy malował się wyraz szczęśliwości. Dzięki temu, że od dawna byliśmy na nogach, mogliśmy obserwować, jak plaża powoli budzi się do życia... siedząc sobie tak na piasku, czułam jakbym była tu od dawna... :) Ludzie wokoło bez najmniejszego skrępowania zażywali kąpieli morskich i słonecznych w całkowitej nagości :), więc i u nas powoli pękały bariery... Po pewnym czasie nie wyróżnialiśmy się spośród plażowiczów :P.... Łysek stwierdził, że nigdy nie golił łebka w morzu, więc udał się na brzeg, aby odbyć rytuał...,ale jakoś woda morska nie przypadła Tomkowi do gustu ;)... Zabawom w wodzie nie było końca, Zosia odbyła z wujkiem Tomkiem podróż, chyba „pirackim okrętem”, ale co ja tam wiem ;).... Morze było niesamowite....Niestety przyszedł czas na dalszą drogę...
Gdy już się wybyczyliśmy na plaży ruszyliśmy dalej na południe, odwiedzając nadmorskie miasteczka Bułgarii. Pod wieczór dojechaliśmy do Sinemorets, odszukaliśmy nasz hotel, który nas miło zaskoczył. Cena 25 lewa od osoby za dobę ze śniadaniem, basen, przy basenie restauracja, siłownia, WI-FI, oczywiście klimatyzacja w pokojach i pełna lodówka. Pokoje mieliśmy obok siebie ze wspólnym balkonem przedzielonym szybką, którą zaraz rozmontowaliśmy przez co powstał wspólny apartament. Zgraliśmy zdjęcia z aparatów, poszliśmy na kolacje do restauracji i zmęczeni poszliśmy spać.
NA ŻÓŁTO - Oczami Kasi
Trochę ociągaliśmy się przy składaniu biwaku...Siedząc znów w gorącym aucie z tęsknotą zerkaliśmy w kierunku szafirowej toni morza. Przyjmowane od rana piwko zrobiło swoje, gdyż Iras w trakcie drogi na południe, był wprost rozkoszny ;P:)... Mnie natomiast gryzło wewnątrz, jaki będzie ten hotel ? W końcu jakby coś, to będzie na mnie :P.... W miarę ubywania kilometrów do celu, zwiększał się mój niepokój... przez to nawet nie bardzo zarejestrowałam to co mijaliśmy. Zakodowałam tylko zakup parasola, dmuchanego pontonu dla Zosi oraz niezwykle sympatyczny uśmiech pani sprzedającej :). Popołudniem dotarliśmy do Sinemorec... teraz szukanie hotelu...brama z lwami, brama z lwami / trochę jak ze „Shreka” - niebieski kwiat i kolce , niebieski kwiat i kolce ;) :P/ ... pokręciliśmy się po uliczkach, zapytaliśmy panią sprzedającą pamiątki o Casa d`Angel i nic... chyba fartem dojrzeliśmy w końcu bramę z dwoma małymi lwami... ja to szukałam takich co najmniej rzeczywistych rozmiarów ;):P.... Extra :) jest hotel... tylko w czasie sjesty znaleźć kogoś kto nas zakwateruje wcale nie jest proste :P... Nie wiem do końca jakim sposobem, gdyż szefowa nie znała ani słowa po angielsku, a ja ani słowa po bułgarsku, ustaliliśmy gdzie mamy pokoje, no i najważniejsze, że „ne ma problema” :), co wzbudziło we mnie szczerą radość:). Uff... pokoik... klima, prysznic!!!iha, lodóweczka :D... i balkon z widokiem na morze i osła :). Czas rozpakowywania, wytrzepywania piasku z każdego zakamarka bagażu /po nocowaniu na plaży tak się zdarza :)/ i oczywiście czas na przyjęcie zimnego piwka z mini barku :). Już podczas poszukiwania hotelu, dojrzeliśmy knajpkę z kuszącym zielenią trawy ogródkiem, więc tam skierowaliśmy się w celach mocno konsumpcyjnych :D. Kolacja nam smakowała, zimne piwko również i w błogostanie delektowaliśmy się ciepłym wieczorem. Cykady dawały koncert, przerywany zawodzeniem osiołka... No było pluszowo ;)...
|