14.08.2009 - DZIEŃ 7 - Leżenie cały dzień do góry jajami
Po śniadaniu postanowiliśmy przetestować hotelowy basen i siłownie. A po południu najbliższą plaże, co tu dużo pisać cały dzień słońce, woda, słońce, woda. Wieczorem poszliśmy na jakieś czarnomorskie rybki, które nie rzuciły nas na kolana, za to cena tak ;).
NA ŻÓŁTO - Oczami Kasi
14.08.09
Piątek... Rano oczekiwałam wizyty Magdy, czyli naszego „koła ratunkowego” :). Ze względu, na fakt, iż zna język bułgarski, liczyłam na pomoc w wyjaśnieniu z szefową hotelu, kwestii śniadań, opłat za Zośkę i innych drobiazgów :). Nie wiem do końca o czym panie rozmawiały, ale uzyskałam informację i w końcu byłam w pełni spokojna. Podziękowałam za pomoc i zaprosiłam Madzię na jakieś piwko w rewanżu.
Zeszliśmy na śniadanko przy basenie i od razu zdziwienie... bułgarskie śniadanie, po pierwsze nie obejmuje kawy /ale jak to!!!/, po drugie zawiera serwowany zestaw regionalny... Zamówiliśmy kawki, ja skusiłam się na herbatę, która była do śniadania...yh...czemu w Bułgarii pija się rumianek, zamiast herbaty... Dziwnie wyglądające drożdżówki okazały się pyszną „banicą”, czyli miejscowym przysmakiem ze słonym białym serem. Po posiłku stwierdziliśmy, że na pierwszy ogień pójdzie przyhotelowy basen... rozłożywszy się na leżakach wokół baseniku, delektowaliśmy się słońcem i zimnym piwkiem .... Łysek testował w brodziku dla dzieci sprzęt do nurkowania, Zosia zaś otworzywszy flotę pontonową opanowała cały akwen ;)... Pojawiła się również przy basenie wieeelka mrówka faraona /taka z ręcznikiem na głowie ;):P/... W hotelu panuje zwyczaj, iż w czasie sjesty nie korzysta się raczej z basenu, chyba głównie ze względu na gości mających pokoje tuż nad nim, więc stwierdziliśmy, że przeniesiemy się na plaże. Oczywiście ruszyliśmy na plaże uzbrojeni w arbuza i melona :), których słodkość i soczystość wszystkich nas powalała. :) Pierwsza plaża w Sinemorec.... pomiędzy skałami piękny pas złotego piaseczku, niestety upstrzony rzędami kolorowych parasoli... Na szczęście wypatrzyliśmy bardzo miłe miejsce, w malowniczej części plaży, gdzie skały i morze tworzyły wprost artystyczny krajobraz.... Morze było cudowne... :) cieszyliśmy się każdą chwilą ...z Zosią budowałyśmy zamki z piasku ze zwodzonymi mostami, zrobionymi z patyczków po lodach i basztami pokrytymi pancerzem muszli :)... Z pobliskich skałek młodzież uskuteczniała skoki do wody... zwabiły i nas... Co prawda nie odważyłam się na skok, ale za to pomiędzy skałami znalazłam idealne miejsce na wylegiwanie się w słońcu, przy równoczesnym chłodzeniu falami przypływu :).
Po krótkim odpoczynku w hotelu i próbie usunięcia piasku z przeróżnych zakamarków ;), udaliśmy sie na kolację... jakie to szczęście, że z ryb to ja najbardziej śledzie :P ... Rybki polecane przez właściciela lokalu, który skądinąd świetnie mówił po polsku, okazały się małą porażką. Zosię chciała ugryźć muszla :P i w ogóle chyba wymęczyło nas słonko... Rozłożyliśmy się u nas w pokoju, wspominając przy winku, wszystkie dotychczasowe przejścia....
|