Na początku zapowiadało się, że do Rumunii pojedzie spora ekipa, skończyło się na jednym samochodzie i trzech osobach - Krysi, Marcinie i Irasie, czyli mnie. Osobną ekipą była grupa Wojtka i Andrzej + Andrzej, która do Rumuni pojechała troszkę po nas i spędzała czas bardziej stacjonarnie, nasze ścieżki skrzyżowały się tylko raz.
16.05.2009 - DZIEŃ 1 - W drodze w Maramauresz
Wyjazd z Bieszczadów jeszcze przed świtem w kierunku Radoszyc. Słowację i Węgry przejeżdżamy bardzo szybko i docieramy do granicy rumuńskiej. Na przejściu pusto, pokazujemy dowody osobiste i po minucie jesteśmy w kraju Drakuli. Rozglądamy się za jakimś punktem gdzie można nabyć winiety, kilka jest ale wszystkie zamknięte więc olewamy ten punkt wycieczki i pędzimy dalej by w jakimś przydrożnym barze skosztować rumuńskiego omleta. Jeszcze przed omletem opychamy się truskawkami, które można już tu było nabyć w przydrożnych straganach. Drogi w Rumunii niewiele różnią się od tych na Ukrainie a miejscowi kierowcy jeżdżą jak by życie straciło dla nich sens. Powoli opuszczamy równiny i wyjeżdżamy na pierwszą przełęcz a na jej szczycie robimy foto stop. Spotykamy tu pierwszych i ostatnich Polaków podczas naszej wyprawy. Następny cel to Sapanta słynąca z wesołego cmentarza i najwyższej drewnianej cerkwi.
WESOŁY CMENTARZ W SAPANCIE
SAPANTA I KIRKUT
SAPANTA I NAJWYŻSZA DREWNIANA CERKIEW
Opuszczamy Sapante i kierujemy się w stronę Syhotu Maramaroskiego. To miasteczko z wieloma ciekawymi zabytkami niestety wiele ciekawych miejsc po drodze musimy sobie odpuścić skoro chcemy zjechać pół Rumuni, decydujemy się tylko na odwiedzenie skansenu.
SYHOT MARAMAROSKI - SKANSEN
Po bardzo szybkim zwiedzeniu skansenu ruszyliśmy w kierunku Borsy. Wybraliśmy drogę równoległą do drogi głównej przez Barsane, Rozavlea i Sacel ze względu na sporą ilość cerkwi i monastyrów po drodze. Kilka z nich zaliczyliśmy ale czas gonił i po kilku przystankach już nam się nie chciało zatrzymywać. Trzeba coś zostawić na następne wyjazdy.
KILKA CERKWI I MONASTYRÓW W DRODZE DO BORSY
MINĘLIŚMY BORSE I ZACZĘLIŚMY PIĄĆ SIĘ SERPENTYNAMI NA PRZEŁĘCZ PRZYSŁUP
Na przełęczy Przysłup zapadła decyzja, że skręcamy w lewo i jedziemy w góry Marmaroskie. Ruszyliśmy stokówką przez połoninę ale dzień zbliżał się ku końcowi a niebo nie nastrajało optymistycznie. Dojechaliśmy do owczarni i w tym miejscu postanowiliśmy rozbić biwak, było to ostatnie miejsce z dostępem do opału, dalej była już tylko Połonina z morzem traw. Zdążyliśmy rozbić namioty, wziąść prysznic, zorganizować opał i napalić ognisko gdy zaczęło padać. Na szczęście deszczyk był przelotny a burza mruczała gdzieś daleko więc resztę wieczoru spędziliśmy przy ogniu piekąc kiełbache, ziemniaki i podziwiając ostatnie widoki kończącego się dnia.