Karpaty Rumuńskie

FORUM Najnowsze Tematy
 Wielkanoc w Rumunii, czyli plany na kwiecień 2012
 Dziegieć czy węgiel drzewny
 13 przygoda z Rumunią, czyli relacja z październikowego wyja
 Rumunia sierpień/wrzesień 2011 plany
 Rumunia październik 2011 - plany

RUMUNIA PLANY 2010

RUMUNIA maj 2010 - PLANY
RUMUNIA czerwiec 2010 - PLANY

RUMUNIA wrzesień 2009

Dzień pierwszy
Dzień drugi
Dzień trzeci
Dzień czwarty
Dzień piąty
Dzień szósty
Dzień siódmy

Plany

RUMUNIA/BUŁGARIA sierpień 2009

Dzień pierwszy
Dzień drugi
Dzień trzeci
Dzień czwarty
Dzień piąty
Dzień szósty
Dzień siódmy
Dzień ósmy
Dzień dziewiąty
Dzień dziesiąty
Dzień jedenasty
Dzień dwunasty
Dzień trzynasty
Dzień czternasty

Takie były plany

RUMUNIA maj 2009

Dzień pierwszy
Dzień drugi
Dzień trzeci
Dzień czwarty
Dzień piąty
Dzień szósty
Dzień siódmy
Dzień ósmy
Dzień dziewiąty
Dzień dziesiąty
Dzień jedenasty
Dzień dwunasty
Dzień trzynasty
Dzień czternasty
Dzień piętnasty
Dzień szesnasty


Takie były plany


Nasze serwisy

Karpacki Portal Internetowy
Bieszczadzki Portal Internetowy
28.05.2009 - DZIEŃ 13 - Trans Fagaraska od północy - ROBERT !!! - Na dnie jeziora

Dziś już pogoda nie była dla nas tak łaskawa i nie obudziło nas słońce za to Krysia przyrządziła pyszną jajecznice. Plan był taki jedziemy trasą Transfogaraską ile się da i wracamy znowu na południową część Karpat w pobliże Trans Alpiny (przeł. Urdele). Namierzyłem też w końcu pukanie które dobiegało do nas od kilku dni z pod spodu pojazdu. Okazało się, że to wybite gumowe tulejki drążka stabilizatora, nic poważnego ale po zjechaniu na dół postanowiliśmy odwiedzić jakiś warsztat, bo pukanie na dłuższą metę wkurzało.















Dojechaliśmy do stacji kolejki linowej z zamiarem wyjechania nią na przełęcz do której nie udało nam się dojechać oraz z planem wycieczki nad pobliski wodospad. Niestety skończyła nam się licencja na pogodę i zaczęło padać. Posiedzieliśmy chwilę w samochodzie planując co dalej, po wizycie u mechanika postanowiliśmy przebazować się nad Jezioro Vidra w pobliżu Przełęczy Urdele. Zacząłem cofać i usłyszałem puknięcie, jakieś małe gówno stanęło za mną tak, że nie widziałem go w lusterkach. Myśle sobie no to super, już widzę rozpieprzony przód hakiem holowniczym. Na szczęście cofałem przy maksymalnie skręconych kołach by się wykręcić i zbliżenie nastąpiło przy pomocy koła zapasowego, które nie wyrządziło poważnych szkód. Gdy wyszliśmy z samochodu okazało się, że w Seacie odpadła rejestracja i delikatnie zagięła się atrapa. Z Seata wyskoczył uśmiechnięty gościu od razu się przedstawiając jako Robert i mówiąc, że nic się nie stało, i żeby się nie przejmować. Przykręciliśmy rejestrację, zaproponowaliśmy że damy kasę na wyprostowanie atrapy ale Robert stwierdził, że to drobiazg i, że jesteśmy jego przyjaciółmi i nic się nie stało. Na wszelki wypadek wymieniliśmy się telefonami i spisałem robertowi nr. pojazdu i polisy. Postaliśmy jeszcze chwile rozmawiając w przyjacielskiej atmosferze i ruszyliśmy dalej w tym samym kierunku. Po kilkunastu minutach zadzwonił Robert, że chciałby jednak to zgłosić na policji bo dzwonił do ojca a ten stwierdził, że przy jakiejś kontroli może być posądzony o potrącenie człowieka. No trudno zajechaliśmy do pierwszej miejscowości posterunek zamknięty na cztery spusty. W drugiej powiedziano nam że to nie ich rewir. By się już nie wracać to w trzeciej miejscowości na policji powiedzieliśmy, że szkoda nastąpiła tu nie daleko na parkingu ale nas odesłali na trasę gdzie miał miejsce poważny wypadek i policja tam właśnie jest. Wypadek był naprawdę poważny lądował nawet helikopter postaliśmy sobie tam dobrą godzinę by się dowiedzieć że mogą nas załatwić za następną godzinę jak wszystko pomierzą. Skierowali nas do miasta Sibiu gdzie na pewno to załatwimy. Dla Roberta musiała to być przygoda ale nas już doprowadzało to do szału, szkode miał raptem może na 300 zł a my już jeździmy z nim po rumuńskich posterunkach policji kilka godzin. Robert cały czas nas przeprasza i powtarza, że jesteśmy jego przyjaciółmi. Jedziemy do cholernego, zakorkowanego Sibiu w końcu odnajdujemy policję tam spisujemy oświadczenie, dmuchamy w alkomat i dostajemy po 60 lei mandatu na głowę. Tak na głowę ci winni i ci niewinni. Poszliśmy w cztery osoby 2 z naszego auta i Robert z żoną my dostaliśmy w sumie 120lei i tyle samo Robert choć to nie z jego winy, dobrze, że Marcin został w samochodzie bo by było + 60 lei. Robertowi robi się głupio i proponuje, że on nasz mandat zapłaci ale my też swój honor mamy i mówimy, że już sami zapłacimy w końcu to nie on na nas najechał tylko my na niego. Ale Robert nie chce tak szybko się z nami pożegnać i zaprasza nas na kawę i obiad, odmawiamy mówiąc, że musimy jeszcze zajechać z samochodem do jakiegoś serwisu. Robert podchwytuje temat i twierdzi, że nam pomorze i zaprowadzi nas do serwisu. Ruszamy za nim ale Robert nie do końca wie gdzie ten serwis jest i co chwile staje lub zjeżdża gdzieś się pytać o drogę łamiąc przy tym wszystkie możliwe przepisy ruchu drogowego. Nie wytrzymuję, zatrzymuję samochód i mówimy Robertowi, że nie mamy już czasu szukać serwisu i że auto naprawimy jutro bo musimy już jechać dalej. Robert na koniec obdarował nas wędzonymi rybami i swojskim chlebem mówiąc, że ma nadzieję jeszcze nas spotkać, czym nas przeraził. Wielka była nasza radość gdy zniknął nam z pola widzenia nawet wszystko zaczęło się układać po chwili znaleźliśmy autoryzowany salon i serwis Nissana. Napraw trwała tylko godzinkę i kosztowała 50 lei więc zadowoleni ruszyliśmy w miejsce naszego dzisiejszego biwaku nad jeziorem. Byliśmy przekonani, że dziś nie może nam się już nic przytrafić pechowego. Nasze przekonanie prysło gdy dojechaliśmy do jeziora a raczej jego braku. Jezioro do dna spuszczone ;) nie pozostało nam nic innego jak tylko wyobrazić sobie, że jezioro jest pełne i rozbić obóz. Nawt by się umyć musieliśmy zejść aż na dno jeziora którym płynął maleńki potoczek. Ale jezioro najwyraźniej spodobało się Marcinowi, który zaczął snuć marzenia jak by to było fajnie jak by Solinę na lato spuszczali ;).