19.05.2009 - DZIEŃ 4 - Spotkanie z cyferkami w Rodniańskich - gdzie my qur...a jesteśmy ? - kto spuścił wodę z jeziora ?
Tego dnia z namiotów nie wygnało nas słońce ale konie, psy i inne urządzenia pasterskie. Napisałem nas ale to nie do końca prawda ja smacznie spałem po wczorajszej sporej ilości wina i piwa więc nie ruszało mnie to co się dzieje na zewnątrz. Ruszył mnie dopiero zapach jajecznicy zrobionej przez Krysię. Kiedy ją spokojnie jadłem reszta wyprawy fociła i nagrywała to co się działo wokół obozu do momentu kiedy z krzykiem zaczęli wiać do samochodu na widok kilku sympatycznych piesków. Po przywitaniu się z czworonogami przystąpiłem do kończenia śniadania.
Gdy psie niebezpieczeństwo minęło zabraliśmy się do składania obozowiska bo plany na dziś były ambitne, podjechać ile się da najbliżej szczytu Vf Ineu (2279m) i go zdobyć. Potem mieliśmy zjechać do miejscowości Sant i przebazować się w Gory Kelimenskie. Pogoda jak zwykle była przepiękna z jednej strony mieliśmy Góry Rodniańskie a z drugiej Góry Suhard, które też będzie trzeba kiedyś spenetrować. Nasze plany zweryfikował nagle sms od Andrzeja i Wojtka pseudonim cyferki, którzy dotarli w końcu do Rumunii. "Jesteśmy na Przełęczy Przysłup a wy ?", odpisałem opisując im gdzie jesteśmy ale byłem przekonany że bez współrzędnych GPS się nie obejdzie. Po chwili przyszedł sms "nasze współrzędne to ...... a wasze ?" Podałem nasze z zaznaczeniem, że się jeszcze trochę przemieścimy i żeby zadzwonili jak na ich drodze pojawi się szlaban. A my ścięliśmy serpentynę by ominąć szlaban i nie naruszyć terenu parku, który tutaj pokrywał się z drogą na odcinku kilkudziesięciu metrów. Szczyt Ineu musieliśmy sobie odpuścić, zanim dojadą do nas cyferki minie jakieś 1,5 godz samo spotkanie też trochę potrwa więc ruszyliśmy sobie autkiem dalej stokówką. Przed Przełęczą Muntele Dosu Gajei znowu zakaz wjazdu i znowu wg mapy droga na kilkudziesięciu matrach pokrywa się z parkiem, niestety dalej w kotle pod szczytami Vf Ineut (2222m) i Vf Rosu (2113m) zalega wielka łacha śniegu uniemożliwiająca przejazd. Przy zakazie wjazdu postanowiliśmy zaczekać na cyferki.
Czekając przypomniało mi się jak kiedyś podczas wspólnej rozmowy z Wojtkiem i Andrzejem, Wojtek śmiał się z Andrzeja, że on się trochę boi jeździć autem po górach i co 100m przewyższenia musi zmieniać pampersa. Z tej okazji postanowiliśmy przygotować dla cyferek mały żarcik. Gdy był gotowy ukryliśmy auto za zakrętem i zaszyci w trawie na wzgórzu obserwowaliśmy reakcje. Śmiechu bylo co nie miara, Krysia wyraziła chęć pozostania znowu kierowcą więc faceci mogli napić się zimnego piwa, które przywieźli cyferki. Wojtek swoim zwyczajem ukrył geocasch a zawartość taka, że warto tam wrócić ;). Posiedzieliśmy, pogadaliśmy i zjechaliśmy na Przełęcz Rotunda gdzie nasze szlaki się rozeszły.
Po rozstaniu z cyferkami postanowiliśmy jechać w Góry Kelimeńskie, ruszyliśmy w kierunku Vatra Dornei po drodze zatrzymując się przy ciekawej cerkiewce. Kelimeńskie chcieliśmy zaatakować od północy gdyż na mapie wydrukowanej z internetu była tam fajna droga przez cały masyw. Minęliśmy Neagra Sarului i pozostał nam już rzut beretem do celu, gdy pojawił się znak zakaz ruchu a pod nim coś napisane po rumuńsku. Udaliśmy, że go nie zauważyliśmy i pędzimy dalej z Krysią za kierownicą gdy na naszej drodze stanął szlaban i wartownik. Próbowaliśmy negocjować przejazd ale się nie udało, nawet nie wiedzieliśmy co tam jest, że jest to tak pilnowane. Przy wjeździe wisiały rumuńskie i niemieckie flagi, potok miał kolor marchewki, uznaliśmy, że pewnie jakąś zaporę wodną budują. Dopiero po jakimś czasie dowiedzieliśmy się, że to był wjazd do wielkiej kopalni siarki. Nie pozostało nam nic innego jak zawrócić i objechać całe góry by zaliczyć je od południa. Nie było to takie proste głównym drogami to kupa kilometrów ale wypatrzyliśmy jakiś skrót i ruszyliśmy w głąb gór jakąś lokalną drogą. Pogoda się załamała zaczęło lać a nawet sypać gradem. Marcin nawigował z mapą ja sączyłem piwo opierdalając co jakiś czas Krysie która nie miała jeszcze za bardzo wprawy w jeździe w terenie. Niestety nasz nawigator się zawiesił i zakręcił tak, że po 3 godzinach jazdy po bezludnych dolinach dojechaliśmy do jakieś głównej drogi. Marcin w końcu się odwiesił i namierzył naszą pozycję twierdząc, że jesteśmy już prawie nad tym jeziorem co go mieliśmy w planach za dwa dni. Korygujemy plany i jedziemy nad jezioro wg mapy powinno już być, był już nawet wielki most przez odnogę tylko wody nie było. Spuścili nam jezioro - jękneliśmy, no trudno jedziemy dalej, ku naszemu zdziwieniu po kilku kilometrach woda jest, ucieszeni wypatrujemy miejsce na biwak. Znaleźliśmy je na fajnym cypelku i jak co dzień namioty, opał, ognisko, kiełbasa. Krysia nawet pranie zrobiła i w miarę szybko wszyscy zawinęli się do namiotów. Przy krążącej gdzieś w oddali burzy sen nadszedł szybko.